Wednesday, September 25, 2013

Rzymskie wakacje

     O Rzymie można pisać i pisać bez końca. Te kilka dni, które udało nam się spędzić w stolicy Italii są jednymi z piękniejszych momentów tego lata :) Nie będę się rozpisywać o zabytkach Rzymu, które większość z Was zapewne zna, bądź kojarzy ze zdjęć, artykułów czy opowieści znajomych. Chciałabym jednak podzielić się z Wami kilkoma praktycznymi radami, które może komuś się kiedyś przydadzą podczas wyjazdu do stolicy Włoch.

Oto moje subiektywne porady i spostrzeżenia z rzymskich wakacji:

1) Wszystkie najbardziej turystyczne miejsca są wręcz okupowane przez przybyszów z Indii czy Pakistanu, którzy za wszelką cenę chcą sprzedać turystom jakieś zabawki, kwiatki, obrazki, bransoletki, itd. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ci Pakistańczycy są naprawdę namolni, a wręcz nachalni w swoich działaniach i niejednokrotnie uciekają się do użycia podstępu czy tanich sztuczek. Pod fontanną di Trevi na przykład oferują turystom "pomoc" w zrobieniu zdjęcia (szczególnie parom zakochanych). Gdy już się naiwnie uwierzy takiemu "pomocnikowi", który i owszem pstryknie nam kilka fotek naszym własnym aparatem, to wtedy ten wyciąga spod bluzy/ kurtki swój Polroid i proponuje cyknięcie "profesjonalnego" zdjęcia. Miotani wyrzutami sumienia godzimy się na taką usługę, a potem włosy nam stają dęba, gdy słyszmy ile należy zapłacić za ową "sesję" (od nas miły Pakistańczyk skasował 10 euro za dwie, marne i byle jakie fotki). Jako, że często mamy z mężem problem z asertywnością, to nie byliśmy w stanie odmówić i poszliśmy wręcz do bankomatu aby wypłacić rzeczone 10 euro i ofiarować je biednemu Pakistańczykowi, który być może ma na utrzymaniu rodzinę. Takie naiwniaki z nas niestety. Może i wstyd się przyznać, ale chciałam się z Wami tą historią podzielić ku przestrodze. 

Inna krótka historia z podobnym sprzedawcą miała miejsce w Ogrodach Borghese (największym rzymskim parku). Zmęczeni dziesiątkami kilometrów, które codziennie pokonywaliśmy pieszo, postanowiliśmy przycupnąć na jednej z ławek. Po chwili podszedł do nas miły Pakistańczyk z naręczem czerwonych róż i garścią tandetnych, sznurków, które miały przypominać bransoletki. Nie czekając na nasz sprzeciw zawiązał nam po takim sznurku na nadgarstkach i mówił, że różę daje mi w prezencie. Oczywiście nie uwierzyliśmy w jego wspaniałomyślność, ale gdzieś naiwnie liczyliśmy, że da nam spokój. "Sprzedawca" wyciągnął jednak rękę mówiąc łamaną angielszczyzną, że może coś dla niego za to mamy. Jako, że ani mój mąż, ani ja nie lubimy nosić ze sobą za bardzo gotówki i wolimy płacić wszędzie kartą, wysypaliśmy mu z portfela łącznie jakieś 70 eurocentów. Pakistańczyk zrobił srogą minę, zaczął coś mamrotać w swoim języku pod nosem i patrzeć na nas z pogardą. Awantury nie było, ale sytuacja zrobiła się nieprzyjemna i napięta. Postanowiliśmy sobie, że od tego momentu będziemy po prostu udawać, że nie widzimy i nie słyszymy zaczepek pakistańskich, ulicznych "biznesmenów". Nie pomyślcie sobie proszę, że nie mamy serca! My po prostu byliśmy zbyt naiwni i daliśmy się zbajerować, a uwierzcie mi, że po kilku dniach spędzonych w Rzymie, gdzie na każdym kroku nagabują jacyś uliczni sprzedawcy badziewia, człowiek ma już po prostu dość.
Polecam więc mieć się na baczności i uważać na takich oto zaczepialskich, aczkolwiek sympatycznych Pakistańczyków.

2) Jeżeli przyjdzie Wam korzystać z transportu publicznego, to pamiętajcie, że w automatach z biletami nie można płacić kartą! Za pierwszym razem zajęło nam pół godziny znalezienie najbliższego bankomatu, aby wypłacić gotówkę i móc kupić bilet. Poza tym maszyna, z której wyskakują bilety nie wydaje reszty większej niż 6 euro. Jeżeli macie więc banknot powiedzmy 20 euro i chcecie kupić jedynie dwa lub nawet cztery bilety, to macie problem... Generalnie metro w Rzymie, z którego korzystaliśmy praktycznie każdego dnia jest odnowione, czyste i nieźle przemyślane. Stolica Włoch może się pochwalić jedynie dwoma liniami podziemnej kolejki póki co. Trzecia linia jest od dość dawna w budowie, a prace posuwają się w żółwim tempie, gdyż co chwila budowniczy napotykają jakieś pozostałości po rzymskim imperium i prace zostają wstrzymane. Ogólnie rzecz biorąc owe dwie nitki metra wystarczają, aby dotrzeć do najważniejszych miejsc w Rzymie, a resztę spokojnie można pokonać pieszo, tramwajem bądź jednym z wielu autobusów.

3) Włosi w Rzymie mówią całkiem nieźle po angielsku, a więc nie trzeba się bać paraliżu językowego ;) Owszem, w dzielnicach gdzie nie ma praktycznie turystów ciężko jest się dogadać, ale w restauracjach, na stacjach metra, muzeach czy w barach nie ma żadnego problemu. Włosi poza tym, to bardzo uśmiechnięty i kontaktowy naród i są otwarci na turystów (przynajmniej w Rzymie). Mój mąż bardzo dużo rozumiał gdy czytał napisy czy menu w knajpkach, a i mi nie było trudno zrozumieć włoskie nazwy ze względu na to, że na co dzień mam kontakt z francuskim. Te języki są bardzo do siebie podobne, oczywiście poza wymową, której nie można porównywać. Myślę jednak, że dla osób, które znają francuski albo hiszpański, zrozumienie włoskiego jest dużo łatwiejsze. Postanowiłam sobie, że jak już opanuję biegle francuski, to zacznę się uczyć włoskiego. Język piękny, melodyjny i bardzo łatwy jeżeli chodzi o wymowę dla nas, Polaków :)

4) Jeżeli chodzi o restauracje w Rzymie, to polecam zboczenie z trasy typowo turystycznej i zagłębianie się w boczne uliczki. Możecie być pewni, że znajdziecie wtedy wiele interesujących miejsc, a i ceny przyjemniejsze dla portfela. Odradzam wchodzenie do restauracji, przed którymi stoi tzw. nagabywacz i zaprasza turystów do środka bądź do ogródka. Daliśmy się 2 razy tak namówić i co prawda tragedii nie było, ale generalnie nie polecam. Najbardziej zaskoczyło nas, że po niecałych pięciu minutach od złożenia zamówienia nasze potrawy wylądowały już na stole. Trochę podejrzane jak dla mnie, ale może się czepiam...

5) Pozostając nadal przy kwestiach gastronomicznych, mogę podzielić się z Wami kolejnymi spostrzeżeniami. Za chleb i przekąski (Grissini), które kelnerzy automatycznie stawiają na stoliku, gdy tylko zasiądzie się w restauracji płaci się dodatkowo (we Francji chleb jest w cenie posiłku - bez ograniczeń). Wodę gazowaną podają w wielkich butelkach 0,75 litra, a prosząc o niegazowaną przynoszą od razu mineralną. We Francji jak się prosi o wodę bez bąbelków, to raczej jasne jest, że dostanie się taką z kranu i nikt nie robi z tego powodu problemu. We Włoszech podobno proszenie o kranówkę jest niestosowne i od razu wychodzimy na sknerę. Poza tym serwis, czyli napiwek w większości rzymskich restauracji jest naliczany od razu do rachunku, a więc nie musimy się martwić o drobne dla kelnera. Czasami jednak należy dorzucić napiwek dla obsługi oddzielnie - trzeba przejrzeć rachunek i się upewnić.
Kolejna kwestia jeżeli chodzi o rzymskie restauracje, to nie zdziwcie się, że gdy będziecie chcieli zapłacić kartą, to usłyszycie, że jest to niemożliwe. Niejednokrotnie terminal stoi na wierzchu i w głosie obsługi wyczuwa się kłamstewko, ale domyślam się, że wynika to z braku zaufania do zagranicznych kart bankowych (tak mi się wydaje, ale pewna nie jestem). Poza tym, gdy prosi się kelnera o rachunek, to można czekać i czekać w nieskończoność, a i tak trzeba podjeść do "kasjera/ kasjerki" i uiścić należność osobiście. Trochę to dziwne, ale tak już jest ;)

Jeżeli jeszcze jakieś rady i wskazówki przyjdą mi do głowy, to umieszczę je w kolejnym poście. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was długim tekstem, a teraz zapraszam na obejrzenie pierwszej partii zdjęć.

Koloseum nocą




Wnętrze Koloseum za dnia

Koloseum w całej okazałości za dnia





Przepiękne sosny pinie



Wzgórze Palatyńskie







Widok ze Wzgórza Palatyńskiego na Koloseum


Po lewej pozostałości po Circus Maximus

Widok na Bazylikę św. Piotra ze Wzgórza Palatyńskiego


Koloseum

Koloseum


"Atrakcja" turystyczna ;)


Forum Romanum



Plac Wenecki i Ołtarz Ojczyzny (ten wielki budynek)

Pomnik Juliusza Cezara

Plac Wenecki


Largo di Torre Argentina (miasto kotów)





Rzymskie koty na Largo di Torre Argentina

Możemy nawet takiego rzymskiego kociaka adoptować na odległość :)




Piazza Navona

Piazza Navona






Panteon



Okolice Piazza Navona




Fontanna di Trevi

Fontanna di Trevi nocą

Tłumy koczujące pod fontanną di Trevi...

Sunday, September 22, 2013

Koniec lata

    Wróciliśmy dwa dni temu z kilkudniowego wypadu do Rzymu, a więc już niebawem mnóstwo nowych zdjęć z Italii znajdzie się na blogu. Zakochałam się w stolicy Włoch i już tęsknię za urokiem wielu pięknych i magicznych miejsc, które udało nam się odwiedzić. Tak niestety bywa, że wszystko co dobre, szybko się kończy, ale narzekać nie mam zamiaru. Póki co pogoda w Pontarlier jest iście letnia za dnia (ponad 20C i pełne słońce), ale typowo jesienna nocą niestety ;) Wygrzaliśmy się jednak w Rzymie, naładowaliśmy akumulatory na zbliżającą się jesień i zimę i czerpiemy garściami z dobrodziejstwa pogodowej aury, która nam towarzyszy we Franche Comte :)

Tymczasem życzę wszystkim miłego, niedzielnego wieczoru!

Friday, September 6, 2013

Na zachód od Pontarlier, czyli zwiedzania pięknego regionu Franche Comte ciąg dalszy

     W niedzielne poranki zazwyczaj trudno nam z mężem wysiedzieć w domu. Korzystając z tego, że początek września przywitał nas piękną, letnią, a momentami wręcz upalną pogodą, postanowiliśmy szybko zerknąć na mapę i obrać kolejny kierunek naszych jednodniowych wypadów. Tym razem padło na zachodnią część naszego departamentu Doubs, ale zahaczyliśmy również i o sąsiednią Jurę. 

Myślałam ostatnio o różnicach jeżeli chodzi o mieszkanie w wielkim mieście i na prowincji, i zarówno plusów jak i minusów każdej opcji jest wiele. Fakt, iż mieszkamy w małym mieście sprawia, że na pewno żyje się tu wolniej, spokojniej i mniej stresująco. O dziwo jednak na ulicach zawsze jest mnóstwo ludzi, nieliczne kawiarenki tętnią życiem, a uliczne korki również należą do codzienności. Wielkim plusem mieszkania w Pontarlier jest bliskie obcowanie na co dzień z naturą, piękną, różnorodną przyrodą, spokojem i ciszą. Wystarczy wybrać się już kilka kilometrów za miasto aby móc oddychać pełną piersią czystym, górskim powietrzem, obserwować góry, pagórki, lasy, jeziora i strumienie. Cisza, spokój, błogostan i relaks :) Żeby nie było jednak za "kolorowo", to muszę przyznać, że tęskno mi trochę do dużego miasta, gdzie przechadzając się ulicami czułam się kompletnie anonimowa, miałam wielki wybór miejsc, gdzie mogłam wypić kawę, czy spotkać się ze znajomymi. W Pontarlier niewiele się dzieje, mimo, że co chwila organizowane są tu jakieś festiwale, festyny czy inne miejskie święta, czuje się tą "prowincjonalność", choć nie mogę powiedzieć, że jest już aż tak tragicznie ;) Wszystko ma swój urok i generalnie staram się korzystać z tego, że mieszkamy w tak pięknym regionie, choć wiem (i mnie to wcale nie smuci), że za jakiś czas będziemy się przeprowadzać do innego miasta. Kiedy to będzie, nie mam pojęcia. Wiem natomiast jedno: czeka nas jeszcze niejedna przeprowadzka i Pontarlier nie jest naszym docelowym miejscem na ziemi. Na razie cieszę się tym co mam i gdzie jestem, a czas pokaże gdzie nas los rzuci za kilka lat :)

No, ale to tak na marginesie zupełnie z tymi moimi przemyśleniami. Zapraszam Was natomiast do obejrzenia zdjęć z małych miasteczek, oddalonych o kilkadziesiąt kilometrów od naszego Pontarlier. W minioną niedzielę zawitaliśmy do Ornans, Salins-les-Bains i Quingey. Moim faworytem jest ta pierwsza mieścina: mimo, że niewielka, ale pełna uroku, ciepła i jakiegoś takiego artystycznego ducha, który unosi się w powietrzu. Salins les Bains, to również śliczne miasteczko sanatoryjno-wypoczynkowe (coś jak polski Ciechocinek czy Nałęczów). Najmniejsze wrażenie zrobiło natomiast na nas Quingey - centrum tego miasteczka to jedynie mały plac, a więc nie było za bardzo czego tam fotografować. 

Miłego oglądania i słonecznego weekendu!

W drodze do Ornans








Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans

Ornans, piękny, ogromny dom, który ktoś niedawno kupił

Ornans

Ornans

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains, ratusz

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains, w takim domu marzy mi się mieszkanie w przyszłości ;)

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains, zamek na wzgórzu (niestety należy do prywatnego właściciela i nie można go zwiedzać)

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains

Salins-les-Bains, widok na miasto ze wzgórza i okolic zamku

Salins-les-Bains, widok ze wzgórza i okolic zamku