Saturday, October 20, 2012

Refleksje na temat edukacji i podejścia do życia z przymróżeniem oka ;)

     Pierwszy tydzień szkoły za mną. Póki co, czuję się trochę rozczarowana zarówno poziomem nauki, jak i ludźmi (uczniami), z którymi przyszło mi spędzać całe dnie. Zajęcia mamy podzielone na dwa moduły: pierwszy dotyczy swobodnego wypowiadania się, przygotowania do rozmów kwalifikacyjnych, jak również tworzeniu CV i listów motywacyjnych oraz szukaniu stażu. Drugi moduł, to ćwiczenia gramatyczne, pisanie i czytanie tekstów ze zrozumieniem.

Byłam przekonana, że będę najgorszą uczennicą, której poziom językowy jest naprawdę kiepski. "Rozczarowałam się" natomiast ponieważ większość osób z grupy ledwo sobie radzi w pisaniu i czytaniu, a ich logiczne myślenie pozostawia wiele do życzenia... Oprócz mnie, w piętnastoosobowej grupie są dwie osoby po studiach, a więc one radzą sobie świetnie i wyprzedzają wszystkich pod każdym względem. Pozostałe osoby, są przesympatyczne i przemiłe, ale zaniżają poziom, spowalniają naukę, przez co po prostu się nudzę!

Nie chcę, aby to co napisałam powyżej zabrzmiało arogancko; nie mam zamiaru również nikogo obrażać ani nikomu ubliżać. Dopiero teraz jednak zdałam sobie sprawę jak bardzo ważne było studiowanie, ile mi dało i jak bardzo mnie rozwinęło. Zajęcia na studiach rozwijają logiczne myślenie, poszerzają horyzonty, powodują, że trzeba myśleć konstruktywnie, że trzeba się starać, rozwijać. Teraz po kilku latach od obrony pracy magisterskiej widzę jak wiele dało mi studiowanie, jak mnie "rozbudowało", uwrażliwiło na otaczający świat, ukształtowało mój światopogląd i dało szeroko pojętą wiedzę na wiele tematów, zarówno tych czysto naukowo - teoretyczynych, jak i zwyczajnie życiowych. Jestem wdzięczna moim rodzicom za to, że od dziecka wpajali mi jak bardzo nauka jest ważna, ile daje edukacja i samorozwój. Wiem, że wiele osób nie może sobie pozwolić na studia z wielu różnych powodów, ale ci z Was, którzy mają zwyczajne wątpliwości czy studia są potrzebne, niech zastanowią się dwa razy bo mogę Wam z czystym sumieniem powiedzieć, że są. I to bardzo!

Przeraża mnie również w uczniach z mojej grupy to, że niczym się nie interesują. Szukają byle jakiej pracy, nie mają ambicji, są leniwi, oglądają się na innych, nie wiedzą co dzieje się na świecie, jak również w najbliższym otoczeniu/ środowisku. Załamałam się patrząc na ich obojętność i kompletne "olewactwo". Ci ludzie nie znają nawet nazwiska prezydenta Francji, nie wiedzą gdzie na mapie leży Paryż, nie mają pojęcia o kryzysie gospodarczym, nie interesują się polityką lokalną. Dla nich najważniejsze jest aby dostać szybko i łatwo pracę (a z drugiej strony po co, skoro co miesiąc na ich konto wpływa zasiłek?), nie przemęczać się zbytnio, ale zarobić kupę pieniędzy by móc obwiesić się złotą biżuterią i nosić markowe ciuchy. Być może byłam naiwna, być może wierzyłam, że spotkam w szkole jakieś bratnie dusze, ale kompletnie się pomyliłam. Nie mam z pozostałymi ludźmi z grupy nic wspólnego poza chęcią znalezienia pracy. Poza tym, oni są imigrantami, tak jak ja, ale plują na Francję, mówią o niej z pogardą, o Francuzach również. Wiem, że mają swoje powody aby nie uwielbiać kraju nad Sekwaną, ale z drugiej strony jak im się tu nie podoba, to dlaczego nie wrócą do swojej Tunezji, Algierii czy Maroka? Nikt ich nie zmuszał do przyjazdu do Francji. Nie pracują, siedzą w domu pobierając zasiłek i jeszcze opluwają kraj, który daje im wiele możliwości. 

Absolutnie daleko mi do rasizmu i nigdy nie identyfikowałam się poglądami nacjonalistów, czy kseonofobów. Sama wyemigrowałam, nie za chlebem co prawda, ale za miłością, ale jednak - Francja to nie jest moja ojczyzna. Szanuję jednak ten kraj, kocham na swój sposób, oswajam go, chcę poznawać, zwiedzać, zobaczyć jak najwięcej, chłonąć jego kulturę, kuchnię, krajobrazy, sztukę. Francja to mój drugi dom, moje nowe miejsce na ziemi. A dla tych, którym się tu nie podoba, proponuję zakup biletu lotniczego do swojego kraju. Oczywiście w jedną stronę ;)

Taką samą sytuację obserwowałam mieszkając w Warszawie przez ponad 8 lat. Jak na mój gust 60%, a może nawet 70% "Warszawiaków". to ludzie przyjezdni z miast całej Polski. Ile to się nasłuchałam narzekania na naszą piękną stolicę: że brudna, że architektura bez składu i ładu, że korki, że tłoki, że snobizm, itp. Kto tak opisywał Warszawę? A no ci, którzy opuścili swoje ukochane miasto rodzinne, aby znaleźć lepsze życie w stolicy. Zawsze więc im powtarzałam: skoro tak nie lubisz Warszawy, to wróć do swojej miejscowości. Nikt na siłę nikogo tu nie trzyma. Wtedy mogłam obserwować wielkie zdziwienie w oczach rozmówcy i padała zawsze ta sama odpowiedź: "No coś ty! Przecież ja tu pracuję, kredyt mam, mieszkanie kupione, znajomi. Nie mogę się stąd wynieść!". Skoro nie możesz, to przestań pluć na Warszawę - zaprzyjaźnij się z nią, poznaj jej tajemnicze zakamarki, magiczne miejsca, poczuj jej niesamowity klimat i przestań narzekać.  Warszawa jest cudowna! Sama pochodzę z Białegostoku, ale Warszawa skradła moje serce i do dziś łezka mi się w oku kręci na samą myśl o naszej pięknej stolicy, w której spędziłam kilka ładnych lat. Warszawa to moje miasto, to moja siła, to moja magia, to moje miejsce :) Tak właśnie o niej myślę.

Moi Drodzy, kochajcie więc i doceniajcie to, co macie, inwestujcie w siebie, swój rozwój, swoją naukę, zainteresowania. Jako emigrantka widzę teraz wiele rzeczy inaczej. Bardziej doceniam swoją polskość, swoje wykształcenie, to jakim jestem człowiekiem i co mam do zaoferowania światu. Bo życie nie polega tylko na tym, aby się ślizgać za czyimiś plecami, iść na łatwiznę i szukać drogi na skróty. Teraz widzę jak przeszłość wpływa na naszą teraźniejszość, że nas ukształtowała i ma wielki wpływ na naszą tożsamość. Czasami nie zdajemy sobie z wielu rzeczy sprawy, myślimy: po co mi studia, po co mi matura, po co tracić czas na naukę skoro i tak jest kryzys i nie znajdę dobrej pracy? Myślę jednak, że nie wiemy co zdarzy się w przyszłości, a nasza teraźniejszość i przeszłość ma na nią ogromny wpływ. Warto chyba więc dziś robić coś, co za kilka miesięcy, czy lat da nam powód do dumy, zaowocuje ciekawą pracą, wartościowymi przyjaźniami czy po prostu da nam satysfakcję. Każdego dnia kształtujemy bowiem naszą przyszłość. Ja również nie mogę o tym zapominać ;)

Wednesday, October 10, 2012

Mała prośba

    Od najbliższego poniedziałku będę bardzo zajętą kobietą czego nie mogę się już doczekać. Zaczynam nową szkołę a więc i nowe wyzwania przede mną :) Mam nadzieję, że poradzę sobie ze swoim poziomem językowym i jakoś dam radę.

Póki co chciałabym Was poprosić o polubienie mojej strony na facebooku i polecanie jej swoim znajomym. Chciałabym dotrzeć do jak największego grona czytelników i w jakiś sposób rozreklamować swój blog.

Poza tym jeżeli macie jakieś sugestie co do tematyki i generalnie co do newsów pojawiających się na blogu, to czekam na Wasze sugestie. Dla mnie jako autorki najważniejsze jest Wasze zdanie i Wasze opinie :)


Monday, October 8, 2012

Wspomnienia z Awinionu

    Obiecałam, że opiszę nasz krótki pobyt w Awinionie i wrzucę kilka zdjęć tego jakże uroczego prowansalskiego miasteczka, które udało nam się odwiedzić w drodze powrotnej z Barcelony. Cieszę się, że w podróż poślubną postanowiliśmy wybrać się samochodem, gdyż dzięki temu mogliśmy zatrzymać się w dowolnym miejscu i zwiedzić jeszcze coś ciekawego po drodze. 

Awinion w czasach średniowiecza był stolicą papieską, gdzie urzędowało wielu papieży i innych znamienitych dostojników kościoła katolickiego prawie do początków XVIII wieku. Do dziś w świetnym stanie zachował się Pałac Papieski i katedra Notre Dame des Doms. Warto wspomnieć, że ów Pałac jest największą budowlą gotycką w Europie (15 tysięcy metrów kwadratowych powierzchni!). Tu znajdziecie informacje dotycząc Pałacu.

Oprócz Starego Miasta, wymienionego wyżej Pałacu i katedry, przechadzając się ulicami Awinionu możemy podziwiać średniowieczną architekturę, a w powietrzu czuć wręcz magiczną aurę wąskich uliczek, prowansalskich restauracji i kafejek oraz ciepły klimat południa Francji. 

Stare Miasto w Awinionie

Pałac papieski z XIV wieku

Wąskie uliczki Awinionu

Wąskie uliczki w Awinionie

Piękna kamienica, jak dla mnie bardzo "paryska"

Wszystkie francuskie dzieci dobrze znają dość infantylną piosenkę o słynnym moście z Awinionu (tu możecie posłuchać tego utworu). Również nie omieszkałam go poszukać i sfotografować. Efekt niestety dość kiepski przez jeżdżące samochody, ale zawsze coś. Most niestety nie zachował się w całości. Dziś możemy podziwiać jedynie cztery z jego przęseł, które przeżyły powodzie na przestrzeni wieków. Pozostała część mostu niestety została pochłonięta przez odmęty Rodanu.

XII-wieczny most w Awinionie zwany Pont d'Avignion lub Pont Saint-Bénézet (czyli Most św. Benedykta)

Mury obronne miasta z XII wieku

Wybierając się do Awinionu warto pamiętać, że od 1995 roku całe Stare Miasto wraz z Pałacem Papieskim, katedrą, mostem i murami obronnymi zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Miłośnicy teatru i sztuki znajdą w Awinionie również coś dla siebie. Od 1947 roku organizowany jest tu bowiem Festiwal Teatralny, który przyciąga trupy artystów z całego świata i jest jedną z najważniejszych tego typu imprez na skalę światową. Festiwal odbywa się co roku w lipcu.
A poniżej zdjęcia jeszcze dwa zdjęcia awiniońskiego Starego Miasta.

Piękny budynek teatru w Awinionie

Budynek ratusza w Awinionie


Sunday, October 7, 2012

Jesień w Burgundii i czas na zmiany

     Po emocjach związanych ze ślubem, miesięcznym wyjeździe do Polski i podróży do Barcelony przyszedł czas na normalne życie i powrót do rzeczywistości. Nareszcie doszłam również do siebie po ostrym przeziębieniu, a raczej grypie więc pora na wznowienie intensywnej nauki francuskiego. Samodzielna nauka w domu przynosi oczywiście jakieś efekty, raz mniejsze, raz większe, ale nie ma to jak mobilizacja przez szkołę i nauczyciela.
Postanowiłam wybrać się więc do siedziby swojej pierwszej "szkoły", czyli do Lutilei, która współpracuje ściśle z wieloma innymi formacjami i urzędami jak Pôle emploi , Mission Locale, itp. Dzięki Lutilei trafiłam na zajęcia organizowane przez AEFTI (Associations pour l’Enseignement et la Formation des Travailleurs Immigrés et leurs familles), czyli Stowarzyszenie na Rzecz Kształcenia i Szkolenia Pracowników Migrujących i Ich Rodzin. Tu miałam zajęcia przez trzy miesiące i na koniec dostałam świadectwo ukończenia szkolenia językowego.

Całe szczęście osoby pracujące w wyżej wymienionych formacjach i stowarzyszeniach są na tyle kompetentne i chętne do udzielenia informacji, że nie zostałam odesłana z kwitkiem. Przesympatyczna kobieta w Lutilei po przeprowadzeniu godzinnego wywiadu, obiecała pomoc. Nie minął nawet jeden dzień jak oddzwoniła z radosną nowiną, że od października będę miała szansę na rozpoczęcie nowego kursu w kolejnej formacji. Listownie zostałam powiadomiona o pierwszym spotkaniu organizacyjnym w IFPA (Institut de Formation et de Promotion des Adultes), czyli w Instytucie Szkolenia i Promocji osób dorosłych. Nie ominął mnie oczywiście osobisty wywiad z nauczycielką, która będąc pod ogromnym wrażeniem mojego CV powiedziała, że 15 października zaczynam zajęcia :)

Nie będzie to żaden typowy kurs językowy z nauką od podstaw, a więc raczej wątpię, że zgłębię tam tajniki francuskiej gramatyki na przykład. Wiem natomiast, że dzięki temu kursowi mam być lepiej przygotowana do podjęcia pracy na francuskiej ziemi, a dodatkowo IFPA wyśle mnie na trzytygodniowy staż zawodowy w trakcie trwania kursu. Jest to jak najbardziej wiadomość, która jednocześnie mnie bardzo ucieszyła, ale również zmartwiła... Nie czuję się na tyle pewnie posługując się francuskim, aby iść na staż i pracować z Francuzami. Można się więc łatwo domyślić, że boję się jak cholera... Z drugiej strony jest to od razu rzucenie na głęboką wodę, a więc będę miała większe możliwości i szansę na zawodową przyszłość we Francji.

Dlaczego piszę na blogu o tym wszystkim? Chcę podnieść na duchu inne osoby, młode, ambitne kobiety, które jak ja wyjechały za granicę. Celowo podałam nazwy wszystkich stowarzyszeń i formacji, abyście przeszukały ich strony internetowe, gdyż może i Wam uda się znaleźć oddział któregoś z nich w swoim mieście, lub gdzieś blisko Waszego miejsca zamieszkania.

Wiem jedno: nie warto siedzieć w domu i zamykać się w sobie. Trzeba wyjść, szukać rozwiązań, szans, możliwości, łapać byka za rogi ;) Nawet jeżeli mój francuski pozostawia bardzo wiele do życzenia, to pójdę na ten kurs, dygocząc pewnie ze zdenerwowania, ale nie zamierzam się poddawać. Wiem, że czeka mnie dużo pracy, staż zawodowy, ostre tempo i dużo nauki. Ale wiecie co? Cieszę się, a wręcz nie mogę się już doczekać bo mam serdecznie dość siedzenia w domu i pragnę wyzwań, nowości, adrenaliny i poczucia, że coś zmieniam, że się rozwijam, że podążam w dobrym kierunku. Trzymajcie więc za mnie kciuki i nie poddawajcie się. Jeżeli macie jakieś pytania, to piszcie śmiało w komentarzach - chętnie odpowiem na Wasze wątpliwości :)

Na dziś mówię dobranoc, ale już zdradzę, że kolejny post będzie o naszym krótkim pobycie w Awinionie, czyli urokliwym prowansalskim miasteczku. Kolorowych snów!

Sunday, September 30, 2012

Barcelona - podsumowanie

     Naszą wyprawę do Barcelony planowaliśmy już od kilku miesięcy. Zaczęliśmy od rekonesansu dotyczącego cen biletów lotniczych i szybko zdecydowaliśmy się, że chyba wygodniej i taniej będzie nam wyruszyć samochodem. Następnie przyszła kolej na wybór hostelu bądź hotelu. Zdecydowaliśmy się na hostel Chic & Basic Tallers (namiary znajdziecie tutaj): dobrze położony, kilka metrów od stacji metra Universitat, niedaleko Las Ramblas i innych miejsc ciekawych dla turystów. W rezultacie jednak mojego gapiostwa i pomyłki w rezerwacji, musieliśmy przenieść się do hotelu Chic & Basic Ramblas (tu strona hotelu), który spełnił nasze najśmielsze oczekiwania. Pokoje duże, z balkonami, przemiła i kompetentna obsługa, niezłe śniadania i świetna lokalizacja, tuż przy Las Ramblas (stacja metra Drassanes).

Barcelona oferuje turystom i wszystkim przybyłym wiele restauracji, barów tapas, kafejek, jak również nieuniknionych na całym świecie restauracji typu fast food. Z jednej strony wielkim udogodnieniem jest możliwość pójścia na lunch czy na kolację o dowolnej porze dnia i wieczoru, co we Francji niestety nie jest możliwe. W mojej nowej ojczyźnie restauracje, bistra i inne kafejki mają ustalone godziny obiadowe (12:00-14:00) i to samo tyczy się również pory kolacji (od godziny 19:00 do zazwyczaj 21:30, w Paryżu może wygląda to inaczej). Tak więc będąc np. w Chalon czy Lyonie między godziną 14:00 a 19:00 jesteśmy skazani na wizytę w McDonalds'ie lub innym miejscu, które serwuje amerykański fast food, czy kebab (oczywiście mówię tu o sytuacjach kiedy mamy ochotę na zjedzenie czegoś na mieście).

Pealla z owocami morza (zdjęcie z internetu)
Powracając jednak do Barcelony, to niewątpliwie warto wybrać się do jednej z licznych restauracji na Las Ramblas lub w Dzielnicy Gotyckiej aby spróbować pysznej paelli, owoców morza pod różnymi postaciami czy typowych, hiszpańskich tapas (czyli mówiąc po polsku: przystawek). Dla kogoś kto jak ja uwielbia małże, krewetki, mule, małe ośmiorniczki, przegrzebki i inne przysmaki wprost z Morza Śródziemnego, podróż po barcelońskich restauracjach będzie istnym rajem dla podniebienia. 
Dla wielbicieli bardziej mięsnej wersji znajdzie się taka z kurczakiem na przykład. 


Butelka hiszpańskiego, czerwonego wina (zdjęcie z internetu)
Jeżeli chodzi zaś o trunki, to odradzam sangrię. Jak dla mnie, to bardzo kiepskiej jakości wino, "doprawiane" owocami, które absolutnie nie powaliło mnie na kolana. Co do hiszpańskiego piwa, to miałam okazję spróbować Estrelli, która również pozostawia wiele do życzenia. Wygląda i smakuje jak woda gazowana. Co do win hiszpańskich (szczególnie czerwonych), to jestem nimi zachwycona. Niczym nie odbiegają od najlepszych na świecie, czyli oczywiście francuskich ;)

Dla wszystkich tych, którzy jak ja mieli ogromną ochotę na odwiedzenie Muzeum Picassa radzę uzbrojenie się w cierpliwość. Kolejka na kilkaset metrów odstraszyła nas dość skutecznie i niestety nie udało nam się odwiedzić tego magicznego miejsca. Stąd nasze postanowienie aby wrócić do Barcelony na dłużej niż pięć dni, które niestety nie wystarczyły na zobaczenie wszystkiego. Planujemy kolejną wyprawę do miasta Gaudiego w mniej turystycznym miesiącu licząc na mniejsze kolejki i mniejsze tłumy. Polecam to również Wam.

Radzę również uważać na kieszonkowców i drobnych złodziejaszków, szczególnie w okolicy portu i Las Ramblas. Kręci się tam dużo podejrzanych typów proponujących piwo w puszce za jedno euro, jak również bardziej "ciężkich" specjałów od marihuany po "polepszacze" humoru większego kalibru. 

Polecam za to wszystkim turystom metro jako idealny środek transportu po Barcelonie. Posiadając dobrą mapę, dzięki podziemnej kolei nigdzie się nie zgubicie, a dojedziecie w najodleglejsze zakątki miasta. W niektórych dzielnicach można spotkać również nowiutkie, czyste i szybkie tramwaje, które również umilą przemieszczanie się po Barcelonie. Z autobusów nie korzystaliśmy więc nie jestem w stanie się na ich temat wypowiedzieć. 

Zdjęcie z sieci
Jestem pewna, że o wielu szczegółach zapomniałam i ich tu nie opisałam, w związku z tym jeżeli macie jakieś pytania, to piszcie śmiało. Acha, moim najlepszym "przyjacielem" w czasie zwiedzania Barcelony był "Cień wiatru. Przewodnik po Barcelonie", który powstał z myślą o czytelnikach powieści Carlosa Ruiza Zafona. Dzięki książce mogłam spacerować ulicami bohaterów powieści jednego z moich ulubionych pisarzy i poznawać tajemnicze zakamarki miasta. Polecam także wszystkim tym, którzy nigdy nie mieli do czynienia z książkami Zafona. 




Barcelona, pozostałe ciekawe miejsca

     Jako, że mój mąż jest wielkim fanem piłki nożnej, nie mogliśmy przepuścić takiej okazji jak mecz Ligi Mistrzów odbywający się właśnie w Barcelonie w czasie naszego pobytu. Bohaterami tego sportowego wydarzenia były FC Barcelona i Spartak Moskwa. Atmosfera na stadionie całkiem interesująca, ale największe wrażenie zrobił na mnie jego ogrom. Camp Nou może pomieścić prawie 100 tysięcy kibiców, co daje mu miano największego stadionu w Europie. Mój mąż był zachwycony, ja może mniej, ale jednak było warto.




Inne ciekawe miejsca w Barcelonie, to niewątpliwie Port de Barcelona, Muzeum Historii Katalonii, jak dla mnie również Las Ramblas del Raval z ogromnym posągiem milusiego kotka i inne ciekawe elementy sztuki umieszczonej w przestrzeni publicznej. Poniżej kilka ostatnich zdjęć z naszej katalońskiej wyprawy. 

Prot w Barcelonie

Port w Barcelonie

Budynek Portu w Barcelonie

Hałaśliwe skrzydlate stworzenia :p

Milusi kotek na La Rambla del Raval



Muzeum Historii Katalonii

Muzeum Historii Katalonii

Barcelona, w drodze na wzgórze Tibidabo

     Dziś ostatnia odsłona naszej wyprawy do Barcelony. Mimo, iż jestem ostro przeziębiona i czuję się fatalnie mam dość leżenia bezczynnie w łóżku, postanowiłam więc wrzucić ostatnią porcję naszych zdjęć z wycieczki do miasta Gaudiego. 
     Barcelona w swojej różnorodności zachwyca i wprawia w osłupienie. Myślę, że nawet tak wybredni i wiele oczekujący turyści jak ja znajdą tu coś dla siebie i wrócą z Barcelony z miłymi wspomnieniami. 

Na początek zdjęcia z naszej pieszej wędrówki na wzgórze Tibidabo, gdzie po drodze natknęliśmy się na piękne wille z przełomu XIX i XX wieku budowane dla bogatych mieszkańców Barcelony. Okazałe domy służyły majętnym barcelończykom jako letnie rezydencje. Muszę przyznać, że ich ogrom i przepych wprawiły mnie w osłupienie, ale jak najbardziej pozytywne. Niestety na zdjęciach nie udało się uniknąć wiszących przewodów elektrycznych... Mimo to, myślę, że można dość dokładnie obejrzeć sobie te okazałe letnie wille.

Piękne wille mijane w drodze na wzgórze Tibidabo

Imponujący dom

Mały pałacyk w drodze na wzgórze Tibidabo

Okazała willa w okolicach Tibidabo

Stacja Funicularu, czyli elektrycznego, szynowego pojazdu, który wwozi turystów na wzgórze Tibidabo

Widok na Barcelonę ze wzgórza. Pogoda niestety nie dopisała...

Kościół na szczycie wzgórza Tibidabo

W drodze powrotnej dostrzegliśmy również tą architektoniczną perełkę